piątek, 11 maja 2012

Filmy o podróży cz. I


Co jakiś czas pojawiają się filmy o porzuceniu swojego dotychczasowego życia, za każdym razem wzbudzają we mnie dziwną tęsknotę za tym, czego jeszcze nie poznałam. Charakteryzują je zdjęcia pięknych krajobrazów będących niczym reklamówka firm zajmujących się turystyką danego regionu.
Pojawia się w nich to poczucie niezadowolenia ze swojego życia, zmęczenie wszystkim, co nas otacza. Bohaterowie chcą poczuć zmianę, odnaleźć się w Świecie. Swoje miejsce, które istnieje, podpowiada im to instynkt, jednak nie potrafią jeszcze sprecyzować gdzie jest umiejscowione na mapie. Potrzebują zdobyć doświadczenie, poznać nowych ludzi, nowe zapachy, nowe smaki… Niczym nowo narodzone dziecko (ponownie) się socjalizować (albo właśnie asocjalizować).
Into the Wild opowiada historię 23 letniego chłopaka, który potrafi zarażać swoim pragnieniem poznawania Świata, ma w sobie wiele energii i tyle samo wydawałoby się radości. Czemu wyrusza w podróż? Czemu porzuca wszystko, co dla każdego obywatela zaawansowanego cywilizacyjnie świata jest istotne?
W przeciwieństwie do Crazy Stupid Love film ten posiada głębszy sens. Opowiada prawdę o tym, jaki wpływ mają działania rodziców (i nie tylko, jeśli odbiorca potrafi szerzej podejść do tematu) na ich dzieci. Jak kłamstwa potrafią wyniszczać. Chris czuje się uwięziony, dusi się w pułapce materialnego świata, w tym co reprezentują rodzice, czego od niego oczekują. Jedynym rozwiązaniem jest ucieczka.
Wspomniana ucieczka nie figuruje w mojej myśli jako coś pejoratywnego, wręcz przeciwnie. Każdy z nas w trudnych momentach potrzebuje chwili samotności, by przemyśleć swoje wybory, sytuację w jakiej się znalazł i czego właściwie chce dalej? Ważna jest długość drogi w jego podróży i właśnie ta samotność, dzięki niej uczy się wybaczać krzywdy zadane przez mu najbliższe osoby.
Film oparty na prawdziwych wydarzeniach, szczery do bólu, ze świetną muzyką i głębokimi refleksjami  - głębokimi, ale nie banalnymi.
Prawdę mówiąc spodziewałam się czegoś gorszego, zważywszy na fakt, że w obsadzie występuje jednominowa Kristen Steward.
Banały natomiast pojawiają się już w Eat Pray Love. Julia Roberts – główna bohaterka czuje, że dusi się w małżeństwie, że zatraciła w nim swoją osobowość. Oddała całą siebie, swoje pasje aby żyło się łatwiej z mężem. Powoli stawała się jego klonem, aż w końcu poczuła, że dalej tak żyć nie może. Rzuca więc wszystko, niespodziewanie chce rozwodu, zaczyna nowe życie. Niestety nie udaje jej się, ponieważ spotykając na swojej drodze młodego aktora wpada w tę samą pułapkę. Co z tego, że darzą się uczuciem, skoro razem się unieszczęśliwiają? Postanawia ponownie, tym razem radykalniej odmienić swój los. Wyrusza do Włoch w poszukiwaniu szczęścia, tam czuje się samotna, rozmyśla, czy aby na pewno dobrze zrobiła zostawiając przystojnego Jamesa Franco. Po 4 miesiącach jedzenia, uczenia się i przemyśleń, postanawia zapanować nad życiowym chaosem i wyrusza do Azji. Tam (w Indiach) ucząc się medytacji tak naprawdę stara się poznać sztukę wybaczenia, szczególnie samej sobie. Ma bowiem świadomość, że ostatnie wybory były egoistyczne, że zraniła wiele tak bliskich jej osób. No i jakoś jej się to udaje.
Wyrusza dalej, z Indii przenosi się do Indonezji, gdzie robi się banalnie. Okazuje się, ze to właśnie jej miejsce na ziemi i to tam czekał na nią mężczyzna jej życia. Bohaterka musi nauczyć się dawać siebie, ale nie do końca zatracać.
Prawdę mówiąc nie rozumiem tej lekcji. Elizabeth (Julia Roberts) najpierw rzuca wszystko, bo czuje, że przestaje być sobą, a na końcu okazuje się, że właśnie tego miała się nauczyć, oddać siebie w całości (?).
Film owszem posiada ładne zdjęcia, cudowne krajobrazy, niezłą muzykę, ale posiada to, co w filmach irytuje mnie ponad miarę – banał. Te życiowe mądrości, przeżywanie ponad miarę po 10 latach tragedii rozwodu (co dopiero by było po śmierci?!), płacz faceta, że jego dorosły syn wyjeżdża do siebie do domu… To wszystko sprawia, że film bardzo szybko spada w dół. Ocena? Ładny, lekki, nie trzeba przy nim myśleć. Ale czy tego powinno się oczekiwać od kina?
Próba uniwersalizowania odbiorcy irytuje mnie w kinie niezmiernie, przez nią kinematografia infantylizuje się.
Porównując oba filmy zadaję pytanie – czy, żeby film był dobry, to musi być oparty na prawdziwych wydarzeniach? I czy do tego musi mieć tragiczny koniec, żeby pozostawić w widzu jeszcze chwilę refleksji?

2 komentarze:

  1. Odnośnie Eat Pray Love - jeżeli książka jest nudna i beznadziejna, to raczej istnieją małe szanse na to, że film będzie lepszy (wiadomo, jest pare wyjątków, ale to dosłownie PARE).

    OdpowiedzUsuń
  2. Uważam, że jeżeli ktoś czuje potrzebę ucieczki, oznacza to nie fakt, że jest coś nie tak z miejscem, w którym przebywa, ale jest sygnałem, że Uciekinier nie odnalazł jeszcze siebie. W takim ujęciu ucieczka staje się polowaniem. Polowaniem na siebie właśnie.

    Niestety oznacza to też, że Uciekinier nie jest szczęśliwy w związkach, jakie tworzy. Skoro moja osobowość jest niestabilna, jakim cudem związek może taki nie być?

    Uważam, że mam to szczęście, że znalazłem siebie na miejscu. Dość łatwo asymiluję się z otoczeniem i, choć bywam nieszczęśliwy, to uczucia przeciwne znajduje zwykle nieopodal. Są jednak ludzie, którym nie wystarczy przemeblowanie pokoju, by poukładać sobie życie od nowa. Wierzą oni, że ich sens jest daleko, w Indiach, Stanach, u babci w Rosji. Ostatecznie okazuje się, że ten sens cały czas był na wyciągnięcie ręki, ale żeby go odkryć, i tak trzeba było wyjechać.

    Sposób dobry jak każdy inny, jeśli zadziała i jest skuteczny, to owocuje niezapomnianymi wspomnieniami i gigabajtami zdjęć na dysku, których i tak się nie ogląda, ważne, że są.

    Czy osoba przyduszona ciasnotą starówki i uczelnianych korytarzy może odnaleźć siebie niespodziewanie w kolejce do ksero? oglądając film o kotach na youtube? teoretycznie: tak. Czy jest jednak większa szansa na to, że stanie się zgorzkniała i obojętna?

    Są ptaki, które giną w klatkach. Są takie, które w klatce są szczęśliwe, jeśli mają przy sobie swoją papużkę. Jeśli jednak ta ucieknie, wymęczona ciasnotą, dla drugiej fakt mieszkania w klatce, bądź na wolności, przestaje mieć znaczenie.

    OdpowiedzUsuń