czwartek, 10 maja 2012

Crazy, Stupid, Love.


Dwa dni temu oglądałam film. Patrząc na obsadę instynktownie postanowiłam spodziewać się czegoś dobrego, bo przecież Julian Moore i Ryan Gosling są na tyle utalentowanymi aktorami, że wizja oglądania ich na ekranie sama jakby podsuwa chęci doświadczenia tego widowiska.
Owy film, do którego oglądania zabrałam się w zaciszu mojego pokoju dotykał tematów dość trudnych. O tym jak rozpada się uczucie przez coraz to zmniejszające się z biegiem lat zaangażowanie partnerów w związek. Dochodzi do zdrady, następnie żądania rozwodu. Kolejne wydarzenia dokonują się jak w efekcie domina.
Jedno nie potrafi się z tym pogodzić, drugie chciałoby to jakoś naprawić. Niestety starania Emily pozostają niedostrzeżone przez jej męża, on sam woli się pogrążać w żalu i nienawiści do David’a, upijając się i wykrzykując jego imię w barze. Tradycyjny model nieszczęśliwego faceta z amerykańskiego filmu.
 Zatem Cal pije na umór.
Emily żałuje.
W filmie występują również inne postaci, tj. opiekunka do dzieci, która jest zakochana w Cal’u, dzieci Cal’a i Emily, z czego ich syn zakochany jest w Jessica’e – opiekunce. Zatacza się krąg wzajemnych uczuć, każdy tkwi w jakimś paradoksie. Wątek mógłby być ciekawy, a na pewno ciekawie rozwiązany. Niekoniecznie autorzy filmu potrafili sobie z tym poradzić.
Film staje się banalny. Postaci są płaskie, co prawda o jednych dowiadujemy się trochę mniej o innych trochę więcej, ale żadnej z postaci nie przedstawiono w taki sposób, żeby móc zrozumieć jej działanie. Widz może się jedynie domyślać, co do tego co czuje bohater.
Pojawia się młody, umięśniony, dobrze ubrany, bogaty przystojniaczek. Spotykając Cal’a postanawia mu pomóc, co wydaje się jest kompletnie niezrozumiałe dla widza. Wtedy przypuszczamy: być może ta kwestia zostanie rozwikłana z biegiem fabuły, może dowiemy się jakiejś historii o Jacob’ie. Nie. Niestety tak się nie dzieje. Bardzo płodny wątek zostaje wykastrowany z fabuły.
Wspomniana pomoc polega na przemienieniu Cal’a w kogoś na podobieństwo samego Jacob’a. Ma on sprawić, żeby Emily błagała go, żeby ten wrócił, a on z satysfakcją będzie mógł ją odrzucić. Tu wkrada się typowa zamerykanizowana infantylność myślenia. Jest to nastolatkowa próba działania wbrew komuś, by udowodnić, że jest się od niego lepszym. W tym momencie moja ocena filmu leci kolejną kreskę w dół.
  Cal staje się świetnie ubranym podrywaczem, który przychodzi co dzień do baru by zaliczyć kolejną panienkę.
Zbliżając się ku końcowi. Kompletnie nie potrafię zrozumieć rozwiązania fabuły. Jak to możliwe, żeby Emily tak łatwo mogła wybaczyć te wszystkie krzywdy wyrządzone jej przez Cal’a? Emily dopuściła się zdrady, zrozumiałe, że Cal się załamał. Ale czy uprawianie przez Cal’a seksu z XX kobietami z (co jest istotne) premedytacją działania PRZECIW Emily jest tak łatwe do pominięcia?
Nie wierzę by po tym wszystkim uczucie mogło przetrwać. Nieważne, czy mowa jest o „bratnich duszach”. Chodzi o stopień zranienia. Sądzę, że w tym momencie oboje zadali sobie sporo krzywdy, chyba sama nie potrafiłabym wybaczyć Cal’owi. Rozumiem jedną kobietę – próbował zbudować nowy związek, ale w momencie kiedy liczba zaczyna oscylować w 2 miejscu przed przecinkiem, wiem, że mało która kobieta byłaby zdolna wybaczyć i spędzić resztę życia z takim człowiekiem.
Jaki ma sens robienie przez Warner Bros. takich filmów?
Jedyna odpowiedź jaka przychodzi mi na myśl to pieniądz. Wydanie pieniądza dla jeszcze większego pieniądza. Budowanie nowego modelu świadomości społecznej. Ludzie mają zacząć wierzyć w uczucie które zniesie wszystko. Nie ma już poczucia moralności, odpowiedzialności za swoje działanie. Czy naprawdę Hollywood chce, żebyśmy wierzyli, że jeśli skrzywdzimy siebie nawzajem, to powinniśmy być z tą osobą? Nie czuć żalu i upodlenia?
Czy tylko ja nie rozumiem tego, co się dzieje we współczesnej skomercjalizowanej popkulturze?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz